____________________________________________
Kilka miesięcy wcześniej, zaraz po południu byłam u kardiologa i po wizycie obfotografowywałam całą dzielnicę, od popołudnia do wieczora.
Czekając na autobus do domu, zrobiłam zdjęcie szpitala na Randwick, wielkiego i bardzo nowoczesnego, chyba największego i najlepszego w Sydney.
Czekając na autobus do domu, zrobiłam zdjęcie szpitala na Randwick, wielkiego i bardzo nowoczesnego, chyba największego i najlepszego w Sydney.
Patrząc na ciepło oświetlony szpital pomyślałam:"mogłabym umrzeć w tym szpitalu..."
Noooo... to wcale nie był dobry pomysł...
Noooo... to wcale nie był dobry pomysł...
Kilka miesięcy później poślizgnęłam się biorąc prysznic w wannie i rąbnęłam całym impetem, lewą stroną ciała w krawędź wanny, efekt - złamane 2 żebra.
I tak mialam szczęście, że nie stałam blisko kranów (tylko na środku wanny), bo w takim układzie walnęłabym o zabudowę głową i być może szpital nie byłby już potrzebny...
Ból był przerażający, kto nie miał złamanych żeber, nie ma pojęcia jak to boli!
Impet przewrócił mnie na plecy, złożyłam się jak scyzoryk i leżąc, nagle zobaczyłam przed sobą, tak! oparty na moich kolanach ...monitor od komputera. Wizja monitora i ...całkowity bezdech!...
Nie pamiętam co chciałam wyksztusić, może "o Boże!" albo najgorsze przekleństwo, ale głos się ze mnie nie wydobył, tylko świst i przez chwilę myślałam, że się duszę. Za minutę wszystko wróciło do normy, tylko bół pozostał...
Wygrzebałam się z wanny, zadzwoniłam do córki, żeby przyjechała pilnować kotów i za pół godziny ambulans odstawił mnie do tego właśnie szpitala.
To było 1 listopada 2022 roku. Dzień wszystkich świętych. Uratowanie, czy ostrzeżnie?
Noc, na pogotowiu tłok, zapytali, czy mogę posiedzieć w poczekalni, no, musiałam ... I pewnie tam złapałam covid, który się ujawnił 3 dni później.
Wreszcie koło 23.00 ( po jakichś 3 godzinach czekania) wylądowałam na sali, na łóżku, z którego nie pozwalano się ruszać ( wcześniej pozwalali... ;) ).
I na którym spędziłam następne 23 dni. (Wszystkie przeprowadzki po 3. piętrach i 6. pokojach były odbywały się razem z tym samym łóżkiem, tylko materac zmieniła mi jedna z sióstr na dmuchany, który przystosowywał się do kształtu ciała.)
Na pogotowiu dostałam "głupiego jasia" bo ból był już nie do zniesienia i nagle przed oczami pokój i przedmioty zaczęły mi się przesuwać w dół i w górę...
Zmieniały się piętra i sale, ale łoże wędrowało ze mną, lub raczej ja na nim, bo wozili mnie z bagażami tym łóżkiem... ;)
Czasem materac wydawał podejrzane dźwięki (sam się pompował), nie można było ich usunąć i pielęgniarz w nocy dawał mi zatyczki do uszu... ;)
Pierwsza noc, prześwietlenie, inne badania i wreszcie z łóżkiem wylądowałam na 6. piętrze - nagłe wypadki seniorów - dostałam osobny pokój.
Zaraz na drugi dzień przenieśli mnie na 5. piętro (Age Care), bo tam miałam natychmiast zacząć fizjoterapię (sic!). Na próżno tłumaczyłam parze młodych sportowców, że może najpierw przydałoby się, żeby żebra choć trochę się zrosły, zanim zacznę z gimnastyką. Ból nie pozwalał mi nawet siedzieć...
Przed ekstremalnym sportem uratował mnie ...covid.
Bo po 3. dniach pobytu w szpitalu, przyszła gorączka, stwierdzili covid i przenieśli mnie na covidowe 3 piętro.
Lekarze i pielęgniarze w podwójnych, specjalnych fartuchach, czapkach i plastikowych, nad całą twarzą maskach - wyglądali jak kosmici.
Na szczęście po raz trzeci miałam osobny pokój, z prysznicem i toaletą.
Od pierwszej chwili podawali mi tabletki przeciwbólowe i tak zaczął się problem...
Ładowali mi tych tabletek, razem z moimi stałymi lekarstwami około 20 dziennie, w tym te okropne uzależniające opiumidy w niebieskim i białym kolorze (endon i targin), Potem doszły tabletki na covid - po kilka na raz - i moje zmęczone długim życiem ciało nie wytrzymało.
Napisali potem w raporcie: leczona na 4 choroby: złamane żebra, covid, zatrucie lekarstwami, atak choroby meniera.
Zatrucie (nie będę się rozpisywać na ten temat...) spowodowało, ze NIC nie jadłam 10 dni, tylko piłam wodę. I jeszcze atak mojej stałej choroby - meniera!, który trwał 7 dni i nocy nieprzerwanie. Menier podstępnie atakuje jak stracisz siłę...
Kto nie wie, temu wyjaśniam: menier to jazda na karuzeli bez przystanku, chcesz cały czas wymiotować, mózg ci się kręci i cały świat dookoła i możesz tylko leżeć na wznak, jak kloc, albo roślina. Ja leżałam tak 10 dni i nocy.
Jedzenie szło do śmieci, bo nikomu nie wolno było wziąć nawet zapakowanych produktów...
Młody lekarz, pod którego opieką byłam, straszył że muszę jeść, bo umrę. Pewnego dnia powiedział, że jak nie będę jadła, to zmuszą mnie do wypicia szklanki bardzo czarnego napoju, o wstrętnym smaku. Spytałam, czy to pomoże, przytaknął, więc ja na to: "przynieś, wypiję". To on okazał się dzieckiem, choć mnie potraktował jak dziecko. ;) Dali mi spokój, nie je, to niech nie je...
Pewnej nocy menier mnie opuścił i poprosiłam pielęgniarza o sok pomarańczowy, który był bardzo kwaśny...
Od tego momentu próbowałam jeść i pić i uratowała mnie zupa pomidorowa( sic!), która raz pojawiła się w menu. Zwykła zupa bez niczego, ale cudownie kwaśna. Poprosiłam, żeby mi ją dawali na obiad i na kolację.
Koło łóżka na tablicy miałam wpisane VEGAN, więc wcześniej raczono mnie jedzeniem vegańskim co prawda, ale o smakach i przyprawach arabskich, co jeszcze bardziej powodowało jazdę do Rygi, więc pomidorowa była wybawieniem. ;) Dopiero jak poprosiłam o sałatę zaczęłam ją regularnie dostawać, wcześniej tylko jakieś nieokreślone papki...
Potem już jadłam głównie swoje jedzenie, które przynosiła mi córka, tzn kartofle w mundurkach, smażone toffu, warzywa sałatkowe, polskie barszcze w proszku, vegański majonez, vegańskie sery itp.
Schudłam 8 kilo i początkowo, jak znów zaczęto zmuszać mnie do sportu ;) nie miałam siły wstać z łóżka. Po prostu nie miałam siły, żeby wstać i wyjść na korytarz nawet pchając wózek, więc jak kiedyś z fizjoterapeutą i wózkiem, trzęsąc się jak osika wyszłam wreszcie z pokoju, wszyscy pielegniarze i lekarze na korytarzu bili mi brawo.
Ogólnie wszyscy byli w szpitalu bardzo mili i pomocni, z wyjątkiem dwóch osób pracujących na covidzie, w których angielskim języku wyraźnie brzmiał ruski akcent. I ogólnie: na covidzie byli mniej opiekuńczy i mniej uprzejmi - oprócz jednego pielęgniarza, który miał głównie nocne zmiany i był z Tajlandii jak sądzę.
Pacjentów wielu nie było, więc mieli wolny czas, żadnych groźnych przypadków, bo virus już zmutował. Ja tylko przez jeden dzień czułam lekki ból przy oddychaniu, gorączka minęła; ale już zaczęło się zatrucie i atak meniera - wszystko to spotkało mnie właśnie na covidowym 3. piętrze. Tam miałam ten 10-cio dniowy szczyt bezwładności.
Miałam jedynkę, ale na ostatni dzień przewieźli mnie z łóżkiem do sali dwuosobowej i tu po raz pierwszy w życiu zapoznałam się z koedukacyjnymi prawami dwudziestego pierwszego wieku: obie płcie w tym samym pokoju i w tych samych łazienkach i toaletach.
W nocy do mojego pokoju wjechało łóżko z młodym facetem, nie wyglądającym na chorego. Było mi niezręcznie, on pozdrowił mnie skinieniem głowy i nie było to dla niego sensacją. Może ja niestety jestem wciąż z XX wieku...
Potem pojechałam znów na 6. piętro, do sali już 4. osobowej - same kobiety, z wygodnym miejscem przy oknie.
W tym pokoju była babcia (90 lat), która nie chciała niczego robić, co kazał
jej lekarz, czy pielęgniarz, była mała i niesamowicie silna, krzyczała,
uciekała z sali i w ogóle koło niej "działo się", gdy była aktywna. Ale jak to w Australii... nikt na sąsiednich łóżkach nie reagował (ja też... ).
Zwykle dostawała coś na uspokojenie i spała mówiąc przez sen. Miała
aborygeńską urodę i na imię ...Anastazja.
Spędziłam tam chyba tylko 3 dni i ostatnia przeprowadzka była na 5. piętro - tam gdzie urzędowali fizjoterapeuci.
Załoga na 5. piętrze (opieka nad seniorami ) była niesamowita, dostali zresztą nagrodę, za najlepszą załogę roku. Wszyscy z Tajlandii.
Jak przypomnę sobie 9. koszmarnych dni w 1980 roku spędzonych w bielańskim szpitalu w Warszawie, gdzie urodziłam moją córkę, to porównać mogę te dwa szpitale: do piekła (Bielany, Warszawa) i nieba (Randwick, Sydney). Niestety...
Ostatni tydzień w szpitalu na 5. piętrze, to było odzyskiwanie sił - "na siłę". Groziły mi 4 tygodnie pobytu, ale mimo przychylnych ludzi, to był szpital z całą charakterystyczną dla szpitala atmosferą, wszystkie okna zamknięte - tylko szumiąca klimatyzacja, niesamowite przeciągi, kilometrowe korytarze, no i atmosfera choroby - co często widziałam - już nie dającej nadziei na pozytywny ciąg dalszy.
Krew pobierano mi do badania co 3 dni, więc żartowałam pytając, czy jeszcze będę miała krew jak wyjdę ze szpitala.
Codziennie też dostawałam zastrzyk w brzuch na rozrzedzenie krwi. I kilka razy dziennie mierzono mi ciśnienie.
Jak byłam na covidzie w pewnej chwili wielki, siwy ptak uderzył w szybę dziobem i przysiadł na zewnętrznym parapecie. Pielęgniarka się go przestraszyła. Ja pomyślałam, że może to mój niedawno zmarły kotek blue, przyleciał w takiej postaci, żeby mnie odwiedzić i pocieszyć. Zapukał w szybę, zatrzepotał i odleciał.
Spotkałam
tam sympatycznego pana Andrzeja - Polaka, 91 lat. Przyjechał do
Australii do córki, ale mieszkał osobno, w ogóle nie znał angielskiego,
opowiadał mi, że potrafił się zgubić na ulicy, nie mogąc trafić do
swojego mieszkania. Był po wylewie i paraliżu połowy ciała, już wyszedł
z paraliżu, chodził, choć poruszał się z trudem. Poproszono mnie, żebym
tłumaczyła mu polecenia lekarzy i pielęgniarek.
Okazało
się, że przed kilku laty przyjaźnił się z moim znajomym Jankiem D.
mieszkającym na tym samym osiedlu. Znajomy pewnego dnia przyszedł do
niego, siedzieli, rozmawiali, a na drugi dzień już go nie było. Wrócił
do Polski, nikogo o tym nie zawiadamiając.
Bardzo
nie w porządku, że nie miał odwagi się pożegnać. Pan Andrzej ze
szpitala, nie miał pojęcia co się z nim stało i się zamartwiał.
W ostatniej sali, też 4 osobowej, przyznali mi łóżko nr 13. Trzynastki raczej nie przynoszą mi szczęścia, poprosiłam pielęgniarkę o zamianę na inne, wolne łóżko. Początkowo nie chciała, ale jak usłyszała, że trzynastego uszkodziłam auto cofając, a potem na plaży złamałam nogę, sama przesunęła łóżko pod bezpieczny numer 12. 😀
Pan Andrzej - Polak mieszkał w sali z 1. mężczyzną i z 2. kobietami i z tą mieszanką ...czuł się niezręcznie, ja na szczęście miałam w pokoju same kobiety i do tego spokojne.
Tydzień spędziłam w tym pokoju zawzięcie ćwicząc ...chodzenie, najpierw z wózkami, potem z laską.
Po poprzednich 10. dniach leżenia jak kłoda, straciłam wszystkie siły...
Fizjoterapeuci poświęcali mi tylko po pół godziny rano i po południu. Ja sama - jedna jedyna w tym szpitalu, godzinami maszerowałam po kilometrowych korytarzach, żeby odzyskać sprawność. I w sali ćwiczeń chodziłam po schodach, jak też po kamiennych schodach prowadzących na zewnątrz szpitala. ;)
Pracownicy uśmiechali się na mój widok, ale mnie pilnowali, bo wychodziłam na korytarz koło wind (było tam wielkie, osłonecznione okno z widokiem na szpitalny zielony skwer), więc po jakimś czasie, gdy tak wędrowałam pojawiała się koło mnie młoda Hinduska - pielęgniarka i chodziła obok mnie. Bali się, żebym nie uciekla, bo wciąż nudziłam, że chcę wracać do domu.
Gdybym się tak nie zawzięła, musiałabym spędzić w szpitalu minimum 4 tygodnie, a wyszłam po 23. dniach.
Covid w czasie trwania przeszedł mi gładko, ale niestety long covid towarzyszył mi następnych 10 miesięcy. To była słabość, niesprawność fizyczna, mgła mózgowa, zmęczenie, bóle stawów, nawet rwa kulszowa i inne nieprzyjemne objawy.
Nie lekceważcie covidu, nawet omicrona - ta choroba zostawia ślad w ciele na długi czas.
Film zrobiłam oczywiście jeszcze przed szpitalem...
W szpitalu jedyna nieprzyjemność spotkała mnie od jakiejś nieodpowiedzialnej fizjoterapeutki.
Prowadziła mnie po korytarzu (ja z wózkiem!), nagle otworzyła drzwi na schody przeciwpożarowe, stanęła ZA MNĄ ( nie przede mną) i rozkazała "idź!".
Schody prowadziły w dół i były kręcone, betonowe, z szerokimi stopniami na zewnętrz i ukośnie wąskimi wewnątrz. Jak na ironię nie było poręczy, do tego było ciemno.
Żachnęłam się, nawet w domu chodzę po schodach trzymając się poręczy, raz już spadłam, bo menier powoduje nagły zawrót głowy i upadek. Powiedziałam jej, że jest "crazy" (wariatka) i "czy chcesz mnie zabić?"
Zawróciłam i wróciłam sama do pokoju. Noo... była to niebezpieczna idiotka. Ktoś mógł jej posłuchać i w najlepszym wypadku potłuc się, czy połamać.
Musiałam się poskarżyć, opisałam sytuację i zażądałam, żeby nigdy więcej nie przyszła do mnie na fizjoterapię. Schody zamknięto na klucz (nie mogłam już ich sfotografować), a mnie prowadzał już ktoś normalny.
To są całkiem zwyczajne schody, na których ćwiczyłam chodzenie kilka razy dziennie.
Była też szalona lub bardzo starająca się Hinduska (na covidzie) która z całej siły wbijała mi termometr do ucha (tak że głowa odskakiwała) jakby chciała mnie unieszkodliwić... ;)
W ogóle załoga na covidzie była gorsza, miałam, wrażenie, że zesłali ich tu za karę, a oni są za to wściekli na pacjentów. Było ich w może dwudziestu, na dużo mniej chorych, chodzili po korytarzu nic nie robiąc, a trzeba było długo czekać, jak się na nich zadzwoniło.
Tylko jeden pielegniarz i pielęgniarka byli uprzejmi, pomocni i współczujący. Reszta zacięta, zimna.
6. i 5. piętro - Age Care - było jak inny świat, cała obsługa medyczna idealna.
Nawet w nocy, jak wychodziłam do toalety, natychmiast pojawiała się dyżurna pielegniarka z latarką pilnując, żeby nic mi się nie stało.
Oczywiście miałam test na inteligencję ( widocznie myślą, że jak ciało się uszkodzi to i mózg dołączy... ;) )
Zdałam jak powiedział prowadzący lekarz "best of the best" i dodał "najlepszy wynik w tym szpitalu". (Oczywiście w szpitalu Age Care, bo w całym szpitalu jest takich wydziałów kilkadziesiąt pewnie.)
Co prawda była TV na suficie, ale fatalny obraz, tylko raz obejrzałam dziennik i dowiedziałam się, że dowiedli i złapali sprawców zestrzelenia samolotu nad Ukrainą w 2014 roku. Po 12 latach!!! Oczywiście była to ruska robota. Zginęłi w niej też obywatele Australii.
Podali też, że rakieta z Ukrainy wleciała koło Lublina i zabiła 2. osoby. Straszne.
Natomiast wielki TV w hallu służył za przedmiot ozdobny, pokazywał tylko 1. program i to bez ostrości, w różowym kolorze... he he...
Musiałam więc czytać i naczytałam się książek z serii Powieści XX wieku, które 38 lat temu przypłynęły za mną z Polski - jakoś do tej pory tych akurat nie przeczytałam, mając setki, a może i tysiące innych książek.
Najlepsza książka to "Miedzioryt ze słoniem" Johannesa Urzidlla. Wspaniale napisane opowiadania, barokowy język, tysiące cudownie opisanych szczegółów, niesamowite pomysły. Genialne.
Początkowe 2 tygodnie leżałam patrząc w sufit i zamknięte okno, rejestrując wschody i zachody słońca... ;)
Cisza nocna była od 21.00 do 7.00 rano. Po kilku dniach przyzwyczaiłam się. Normalnie siedzę do późnej nocy i śpię do 10.00.
Jak nie mogłam zasnąć, leżałam i modliłam się za wszystkich znajomych, złych i dobrych i całą rodzinę. Pewnie nikt i nigdy, tyle dla nich nie wymodlił... ;)
Ciekawostką były skarpetki szpitalne, czerwone i niebieskie. Miały jakieś przyklejki pod stopami, żeby nie można było się poślizgnąć i prawie wszyscy pacjenci chodzili w samych skarpetkach, bez kapci. ;)
Szpital jest rozległy, jest wiele ogromnych budynków tworzących całe osiedle (do tego wciąż dobudowywują nowe), wszystkie ciężkie, betonowe, sam beton i stal na zewnątrz, a w środku ciągnące się kilometrami labirynty korytarzy.
Tylko w jednym miejscu, między budynkami wypatrzyłam zielony skwer. Wciąż chodziłam do wielkiego okna na klatce schodowej koło wind i z tęsknotą patrzyłam na tę oazę zieleni i grzałam się w słońcu. Na zewnątrz już była wiosna, ciepło, a wewnątrz klimatyzacja i przeciągi.
Na noc musiałam nawet prosić o ogrzewany koc, bo nie dało się zasnąć.
Od lat żyję wśród drzew i okna mam otwarte non stop, nawet w zimie, nawet w nocy. Ta zamknięta, betonowa pustynia była zabójcza dla mojej psychiki, dlatego robiłam wszystko, żeby wyjść jak najszybciej.
Wnioski z tego mojego najdłuższego pobytu w szpitalu:
przyszłam ze złamanymi żebrami, wyszłam po covidzie, zatruciu lekarstwami i silnym ataku meniera ( i gdzie najłatwiej zachorować? - w szpitalu... ;).
Poza tym, w domu, w łazience zaintalować poręcze i kłaść specjalną matę w wannie, żeby się nie poślizgnąć. A w ogóle, dbać o zdrowie, żeby znów nie trafić do szpitala. Lepiej podziwiać go z zewnątrz... ;)
I nigdy nie brać środków przeciwbólowych doustnie. Na bolące miejsca plastry, okłady, kremy. Najlepiej acupunktura i presopunktura, masaż i bańki.
A jak kości już zdrowe - gimnastyka codziennie 1. godzinę. Też pić proteiny. Białko wraca siły.
Już w domu, ćwiczyłam gimnastykę ponad rok, codziennie po godzinie, gdyby nie to, pewnie pozostałabym chwiejącą się niezdarą.
Po
półtora roku znów złapałam covid, ale już tę wersję zmutowaną, pigułki
antywirusowe natychmiast podziałały, po 2 dniach kaszel i ból w piersi
ustał, ale znów miesiącami musiałam ćwiczyć i jeść proiteiny, bo znów
dopadła mnie słabość.
I można lekceważyć szczepionki antycovidowe ( ja miałam dwie, a i tak covid mnie dopadł) ale samej choroby nie lekceważyć! Zabiła miliony w pierwszym silnym stadium. Ten virus jest wyjątkowo wredny, nawet choć się zmutował na niby zwykłą grypę. Przyczaja się i jak już ostry stan minie, powoduje na długie miesiące utratę zdrowia i sprawności zarówno fizycznej jak i psychicznej.
Napisałam o tym dopiero po prawie 2. latach bo... jakoś nie był to dla mnie przyjemny czas ;), ale ta historia może być dla Was ostrzeżeniem i zaznajomieniem się z życiem w szpitalu w Australii, bo w końcu każdy może tam wylądować.
Na marginesie dodam, że w Australii, dla emerytów szpital i ambulans są za darmo.
_________________________________________________________________________________________________________